Biznes po Polsku

Wakacje minęły na dobre, rozsiedliśmy się wygodnie w fotelu z kubkiem gorącej herbaty w ręku i czekamy na zimę. Często myślami wracamy do słonecznego lata, beztroskich wakacji i pięknych krajobrazów. No właśnie, a propos tych pięknych krajobrazów. Jak wiecie wakacje spędzamy w Polsce, staramy się na blogu pokazywać piękno naszego kraju, ale na ostatnich wakacjach w górach dostrzegłam ogromny problem z jakim borykają się turyści. Czy wiesz co mam na myśli? Tak tytuł mówi sam za siebie, chcę dziś poruszyć kwestie biznesu, a raczej buractwa i chamstwa w jaki jest ten biznes prowadzony. Zacznijmy od początku. Końcówkę wakacji spędziliśmy w górach niedaleko Zakopanego i bardzo się cieszę, że nie zatrzymaliśmy się w Zakopanym bo chyba by mnie szlag jasny trafił gdybym musiała tam wypoczywać. Nie mniej jednak Zakopane odwiedzić trzeba, pokazać dzieciom Krupówki, wjechać chociażby na Gubałówkę i pokazać im piękno gór.

I tu czar prysł, Krupówki to nic innego jak jeden wielki odpust, który na dobre zakorzenił się w tym miejscu. Ciągnące się stragany, hałas, wrzawa, mieszające się zapachy gofrów, lodów, serów i ulotkarze, to dla mnie zdecydowanie za dużo. Chciałam pokazać dzieciom reprezentacyjną ulicę Zakopanego, a zafundowałam im wycieczkę po straganach. Ok, pomyslałam niech będą i te stragany. Dzieci w końcu lubią oglądać różne bibeloty, rodzice nieco mniej. Chodziliśmy od straganu do straganu, w poszukiwaniu fajnej pamiątki, niestety na straganach samo gówno. Tak dosłownie gówno! Poduszki w kształcie kupy w różnych kolorach i odcieniach do tego badziewiaste zabawki, które po upuszczeniu nie nadają się do niczego. Podróbki LEGO, BARBIE, mieczy świetlnych a’la gwiezdne wojny, tandetne postacie z bajki, piłeczki, kije do selfie i tysiące innych toksycznych zabawek. Ok, myślę sobie, nie musimy tego kupować i z łatwością wytłumaczyłam dzieciom, dlaczego nie kupimy tych zabawek.

 

Postanowiliśmy wjechać kolejką na Gubałówkę, nie dlatego, że nie dalibyśmy rady wejść, ale po to aby dać dzieciom kolejną atrakcję. Zakupiliśmy bilety, no i w drogę. O matko! To była jakaś masakra, wejście do kolejki było istną przepychanką dorosłych, którzy zgniatali przy tym dzieci. To było gorsze, niż wbicie się do zatłoczonego autobusu czy metra w Warszawie. Gdy po kilku przyjazdach kolejki okazało się, że nie mamy wyjścia i musimy się wepchać, bo inaczej nie pojedziemy. Poszliśmy za tłumem. Dzieci na ręce i wchodzimy. Staliśmy jak ubite śledzie, nie było mowy, aby podziwiać widoki z jadącego wagoniku.
Ok, myślę sobie widok na górze zrekompensuje nam te męki. Wjechaliśmy górę, a tam… od nowa to samo. Stragany, hałas i tysiące zapachów łączących się ze sobą w jeden wielki smród przypalonego oleju. Postanowiliśmy przejść się kawałek, aby podziwiać pooglądać widoki, w końcu trafiliśmy na piękną pogodę. Niestety góry były solidnie zasłonięte przez liczne stragany.

 

Nie zrażając się i idąc wśród kolorowych zabawek, niesionych tandetnymi dźwiękami gwiżdżących świstaków doszliśmy do drewnianej platformy widokowej. Dzieci z radością stanęły i zaczęły pozować do zdjęć. Jednak zza moich pleców usłyszałam niski głos „Zdjęcia robimy za opłatą”i wskazuje napis którego nie zauważyłam. Schodzimy z platformy i maszerujemy dalej.

Idąc tak nie sposób nie wyczuć zapachu grillowanych serów z żurawiną, postanowiliśmy kupić po jednym dla każdego. Z ogromnym apetytem je zjedliśmy, ale co zrobić z tackami które nam zostały. Szukamy śmietnika. Nigdzie nie widać. Rozglądamy się maszerując dalej wśród straganów. Nigdzie nie ma śmietników, za to mnóstwo budek z jedzeniem. Zatrzymaliśmy się obok miejsca w którym sprzedawali jakieś ciasta, rozglądam się, obeszłam nawet budkę dookoła, ale śmietnika nie ma. Pytam Panią gdzie mogę wyrzucić śmieci, na to ona wręcza mi małą plastikową torebkę i mówi proszę wyrzucić tutaj i zabrać ze sobą. Patrzę z wielkimi gałami na nią i posłusznie biorę torebkę, a potem wrzucamy nasze tacki i idziemy dalej z naszą turystyczną reklamówką.

Nie tracąc jednak dobrego humoru, chciałam pokazać dzieciom Giewont- przez lunetę. Zatrzymaliśmy się przy lunecie i wyjęłam złotówkę. Obok nas Pani smażyła zakręcone frytki, spojrzała tylko na nas i zajęła się dalszym smażeniem. Wrzuciliśmy złotówkę zaglądamy przez dziurkę, a tam czarno. Zaczęliśmy coś kręcić, pukać, stukać, ale nic nadal czarno. No cóż trudno złotówka poszła na marne.

Dzieci jednak popatrzyły na nas oczami kota ze Shreka i poprosiły o zakręcone frytki. Ok- niech będzie. Nie zobaczą Giewontu, niech zjedzą frytkę. Pani z uśmiechem na twarzy, zaczęła przygotowywać ziemniaki do smażenia. Jej stolik pracy wyglądał nieco zabawnie, ale grunt to przedsiębiorczość. Na małym stoliku znajdował się palnik na którym stała najzwyklejsza na świecie blacha do pieczenia ciasta, w której to Pani smażyła ziemniaki. Zostaliśmy poinformowania, że musimy poczekać 7 min. na każdego ziemniaka. Tak więc zatrzymaliśmy się na dobre 15 min w miejscu gdzie nie działała luneta. I to był dla nas świetny punkt widokowy, ponieważ średnio co minutę ktoś podchodził i wrzucał złotówkę do nie działającego urządzenia. Po pewnym czasie zaczęłam informować ludzi, że to nie działa. Zapytałam nawet Panią czy mogłaby napisać kartkę i nakleić na lunetę. W zamian otrzymałam odpowiedź „ludzie i tak nie czytają, a po za tym nie mój sprzęt”. Mijały minuty, a nasze ziemniaki nadal były blade i surowe. Pani przyjmowała obsługiwała kolejnych klientów informując, że potrwa to 7 min. Po 30 min oczekiwania na 2 ziemniaki ruszyliśmy w dalszą drogę i tak doszliśmy do stacji kolejki krzesełkowej. Dopiero tutaj mogliśmy usiąść i podziwiać piękno gór i tak naprawdę w niczym nie przeszkadzał nam dźwięk z nad głowy „Uśmiechnij się”, „Uwaga uśmiech”. Byliśmy zachwyceni widokiem jaki na nas czekał. Góry wyglądały obłędnie, pogoda nam dopisywała i gdyby nie fakt, że dzieci zaczęły narzekać na ból brzuszka wszystko dałby się znieść.

 

 

Myślisz, że tak jest tylko w Zakopanem? Nie! Tak jest w większości miejsc turystycznych w górach, nad morzem czy nad jeziorem. Bardzo boli mnie to, że ludzie nie szanują turystów, że sprzedaję się nam badziewie, bo turysta i tak kupi. Nie prawda! Przedsiębiorco, sprzedawaj towar dobrej jakości. Dbaj o środowisko które jest Twoim miejsce pracy i domem. My zostawiamy w Twoim regionie mnóstwo kasy, zrób wszystko abyśmy tam wrócili, bo my wracamy nie dla tych straganów, a dla widoków, krajobrazów, waszej kuchni i tradycji.

 

  • Pingback: Gdzie dobrze zjeść w Wiśle? - OkiemMamy.pl - Strona dla wszystkich mam, które chcą wiedzieć więcej. Na naszej stronie znajdziesz inspiracje do zabaw, co nieco o podróżach, naszych przedsięwzięciach oraz kuchni.()

  • Pingback: Best Writing Service()

  • Póki co byłam raz jako nastolatka wtedy rajcowałam się tymi straganami :D Teraz nie ukrywam, że też drażni mnie masa badziewia dookoła w miejscowościach turystycznych, gdzie dziecko co 5 minut woła „ja chce to” i muszę mu tłumaczyć, że ten badziew za 5 czy 10 zł rozpadnie się po 10 minutach, a ponadto często śmierdzi lub wydaje okropne dźwięki….
    Byliśmy kilka razy w Karpaczu i póki co to dla mnie bardziej realne do odwiedzenia miejsce z dziećmi, bo mam bliżej, niższe góry i mniej tego spędu.

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    My na szczęście w tym roku trafiliśmy w Zakopanem na taki moment, kiedy nie było na ulicach dzikich tłumów, a wszystkie użyte przez nas lunety działały :) Ale rozumiem, że po kilku dniach (czy nawet godzinach) pobytu w najwyższym sezonie człowiek może mieć serdecznie dość tego gwaru i źle pojętego „folkloru”. Wtedy faktycznie warto wybrać się do innych miejscowości w okolicy – mniej zatłoczonych, a równie pięknych i urokliwych :)

  • Kocham Zakopane, ale faktycznie tej tandety na straganach jest za dużo!

  • Reprezentacyjną ulicą Zakopanego nie są Krupówki, a ulica Kościeliska, pełna zabytkowych domów i architektury góralskiej. Ale rozumiem doskonale – ja nie znoszę Zakopanego w sezonie i jestem cała chora, jak muszę tam wtedy jechać coś załatwić, a czasem muszę, bo podlegamy pod zakopiańskie urzędy.
    Co do biznesu, to tak samo, jak z końmi do Morskiego Oka, na które wielu się oburza – to popyt generuje podaż – gdyby turyści nie kupowali chińskich pamiątek, albo nie korzystali z konnych fasiągów, to tego by po prostu nie było, bo i dla kogo?

    • Zgadzam się z Tobą. Jesteśmy sami sobie winni, jeśli jednak jest akceptacja na stragany niech będzie ich mniej i z produktami regionalnymi, a nie chińskim badziewiem :) A co do ulicy Kościeliska- nadrobię to jak udamy się znowu w te rejony. Ściskam Cię